Nocami bywa tak, że gdy kończy się straż , rozpoczyna się realność. Cząstka realności.
Tego wieczoru bylo podobnie.
William i Sophie stali na straży. Widziałam jak Sophie płakała, myśląc, że niezauważalnie.
Gdy wracała do naszych spojrzeń,
nakładała maskę realności, obojętności.
Była tak boleśnie sztuczna.
Florence miała jak każdy z nas sekret.
Dowiedziałam się o nim, tak na prawdę przez przypadek.
Tamtego wieczoru,wszyscy stalismy na straży, ponieważ miasto oblężone było aniołami.
Florence wymknęła się do Ogrodu Nocy, a ja niezauważalnie poszłam za nią.
Szczerze mówiąc, musiałam się po prostu wypłakać. Zawsze po morderstwie aniołów płaczę.
Nie potrafię tak żyć.
Z oczu płynęły mi strumienie łez.Chciałam uciec. Choćby w świat drzew i kwiatów. Zatracić się w ich zapachach, aromacie smętnej wilgoci po deszczu.
Natknęłam się na nią pod jednym z drzew.
Nie wiem skąd wytrzasnęła alkohol, ale najprawdziwiej piła.
W drobnych dłoniach trzymała butelkę jakiegoś taniego alkoholu i dusząc się, piła.
Jakby na siłę. Jakby pozbywała się wszystkich uczuć. Szorowała brudne serce wódką.
Widziałam w jej oczach ból, na policzkach mokre łzy, a w sercu przeczuwałam wściekłość.
Tak silną,że aż miażdżącą.
Nie zauważyła mnie, nawet gdybym chciała, nie zwróciłaby na mnie najmniejszej uwagi.
Jej serce przepełniało coś innego.
Od tego czasu często widziałam ją pijącą. Widocznie inaczej nie potrafiła. Każdy z nas miał inną receptę na piekło które przeżywa.
Obudziłam się wczesnym porankiem. Wydawało mi się, że jest inaczej niż zwykle.
W domu w którym mieszkał nasz oddział Stróży, każdy miał własny kąt. Mój był skromny,ponieważ nie potrzebowałam wiele, nawet gdybym miała to nic by to nie zmieniło.
Nadal byłabym niesamowicie nieszczęśliwa.
Szybko przebrałam koszulkę i spodenki na jeansy i starą.zniszczoną bluzę.
Smętnie rozczesałam włosy i splotłam je w średniej długości warkocz.
Następnie umyłam twarz i nałożyłam na stopy ulubione ciepłe skarpetki.
Skierowałam się na dół domu,słysząc krzyki i głośne dyskusje.
Edward jak zwykle siedział przy kuchennym stole i palił papierosy. Dziennie wypalał kilka paczek.
Łudził się, że umrze na raka.
Matthew spoglądał nerwowo w okno. Słyszałam z góry, jak kłócił się z Sebastianem.
Florence i Sophie przygotowywały kanapki. Witając mnie, wyglądały na strasznie smutne.
Smutniejsze niż zazwyczaj...
Nie zauważyłam nigdzie Eleny i Williama. Może jeszcze nie wstali.
Matt i Sebastian przyglądali się mi z niepokojem. Sebastian wyglądał,jakby miał się rozpłakać.
Przyglądając się jego oczom, poczułam ból.
-Co się stało?...Sebastian...Matt...-Błądziłam po ich twarzach w poszukiwaniu wskazówek.
-Nieważne.-Uciął krótko i surowo Matt, po czym rzucając Sebastianowi pełne złości spojrzenie , wyszedł.
Chłopak odwrócił wzrok i z bólem, intensywnie myślal.
-Potrafisz mi to do cholery wytłumaczyć?-Warknęłam nie zwracając uwagi na współlokatorów.
Sebastian popatrzył mi w oczy. Byl zatroskany.Jakby czegoś bardzo pragnął,ale mimo wszystko,nie mógł.
-Nie.-Odpowiedział cicho i również odszedł.
Stałam ze smutkiem wspominając to jedno słowo.
"Nie."
Tak krótkie, a tak bolesne.
-Nie wiem co się z nimi dzieje.-Wyszeptała smutno Sophie dotykając delikatnie mojego ramienia.
-Musisz coś zjeść. Od dwunastej mamy trening.- Westchnęła Florence stawiając na blacie kuchennym talerz z trzema kanapkami z twarogiem i rzodkiewką.
Pokiwałam zasmucona głową. Siadając przy blacie na kuchennym stołku,spojrzałam na Edwarda.
Przyglądał się mi.
Poczułam się nieswojo, widząc jak natarczywie nurtuje mnie wzrokiem.
-Hm?-Bąknęłam nie wiedząc, co powiedzieć.
Nie odpowiedział. Zaciągnął się mocno papierosem, nie spuszczając ze mnie wzroku i wypuścił dym.
Wywrocilam oczyma i spróbowałam coś zjeść.
Nie miałam najmniejszego apetytu. Po co jesc? Wolałabym się zagłodzić na śmierć.
To chore,we wszystkim doszukuje się mozliwosci smierci.
Moze nawet i dobrze, tylko tyle mi pozostalo.
Po marnym śniadaniu postanowiłam obudzic Elenę. Raczej nie będzie zadowolona, gdy wstanie dziesięć minut przed zajęciami.
Delikatnie zapukałam i weszłam do pokrytego kiczowatą,kwiecistą tapetą pokoju.
Ku mojemu zaskoczeniu zastałam Elenę wraz z Williamem. Siedzieli razem na łóżku i rozmawiali jedząc jakieś proste śniadanie.
Zamurowało mnie kompletnie. William i Elena...nie znosili się chyba od zawsze.
Dlaczego wszystko musi byc takie dziwne, dlaczego nie moze byc prosto,zwyczajnie?
-Witaj Maggie- zasmiala się Elena,widząc mój,malo ciekawy wyraz twarzy.
-William....co tu robisz?- mruknęłam
-Odwiedzam Elenę.-Uśmiechnął się poprawiając żałośnie włosy,sklejone żelem.
-Jesteście parą?-nie wierzylam w to. Oczekiwałam zaprzeczeń,roześmiania.
Czegokolwiek.
Otrzymałam delikatny pocałunek Eleny na ustach Williama.
Pokiwałam rozczarowana głową i wyszłam.
Miałam dość.
Ludzie są chorzy.
Relacje są chore.
Miłość jest chora.
Wszystko jest chore.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz