Nocami bywa tak, że gdy kończy się straż , rozpoczyna się realność. Cząstka realności.
Tego wieczoru bylo podobnie.
William i Sophie stali na straży. Widziałam jak Sophie płakała, myśląc, że niezauważalnie.
Gdy wracała do naszych spojrzeń,
nakładała maskę realności, obojętności.
Była tak boleśnie sztuczna.
Florence miała jak każdy z nas sekret.
Dowiedziałam się o nim, tak na prawdę przez przypadek.
Tamtego wieczoru,wszyscy stalismy na straży, ponieważ miasto oblężone było aniołami.
Florence wymknęła się do Ogrodu Nocy, a ja niezauważalnie poszłam za nią.
Szczerze mówiąc, musiałam się po prostu wypłakać. Zawsze po morderstwie aniołów płaczę.
Nie potrafię tak żyć.
Z oczu płynęły mi strumienie łez.Chciałam uciec. Choćby w świat drzew i kwiatów. Zatracić się w ich zapachach, aromacie smętnej wilgoci po deszczu.
Natknęłam się na nią pod jednym z drzew.
Nie wiem skąd wytrzasnęła alkohol, ale najprawdziwiej piła.
W drobnych dłoniach trzymała butelkę jakiegoś taniego alkoholu i dusząc się, piła.
Jakby na siłę. Jakby pozbywała się wszystkich uczuć. Szorowała brudne serce wódką.
Widziałam w jej oczach ból, na policzkach mokre łzy, a w sercu przeczuwałam wściekłość.
Tak silną,że aż miażdżącą.
Nie zauważyła mnie, nawet gdybym chciała, nie zwróciłaby na mnie najmniejszej uwagi.
Jej serce przepełniało coś innego.
Od tego czasu często widziałam ją pijącą. Widocznie inaczej nie potrafiła. Każdy z nas miał inną receptę na piekło które przeżywa.
Obudziłam się wczesnym porankiem. Wydawało mi się, że jest inaczej niż zwykle.
W domu w którym mieszkał nasz oddział Stróży, każdy miał własny kąt. Mój był skromny,ponieważ nie potrzebowałam wiele, nawet gdybym miała to nic by to nie zmieniło.
Nadal byłabym niesamowicie nieszczęśliwa.
Szybko przebrałam koszulkę i spodenki na jeansy i starą.zniszczoną bluzę.
Smętnie rozczesałam włosy i splotłam je w średniej długości warkocz.
Następnie umyłam twarz i nałożyłam na stopy ulubione ciepłe skarpetki.
Skierowałam się na dół domu,słysząc krzyki i głośne dyskusje.
Edward jak zwykle siedział przy kuchennym stole i palił papierosy. Dziennie wypalał kilka paczek.
Łudził się, że umrze na raka.
Matthew spoglądał nerwowo w okno. Słyszałam z góry, jak kłócił się z Sebastianem.
Florence i Sophie przygotowywały kanapki. Witając mnie, wyglądały na strasznie smutne.
Smutniejsze niż zazwyczaj...
Nie zauważyłam nigdzie Eleny i Williama. Może jeszcze nie wstali.
Matt i Sebastian przyglądali się mi z niepokojem. Sebastian wyglądał,jakby miał się rozpłakać.
Przyglądając się jego oczom, poczułam ból.
-Co się stało?...Sebastian...Matt...-Błądziłam po ich twarzach w poszukiwaniu wskazówek.
-Nieważne.-Uciął krótko i surowo Matt, po czym rzucając Sebastianowi pełne złości spojrzenie , wyszedł.
Chłopak odwrócił wzrok i z bólem, intensywnie myślal.
-Potrafisz mi to do cholery wytłumaczyć?-Warknęłam nie zwracając uwagi na współlokatorów.
Sebastian popatrzył mi w oczy. Byl zatroskany.Jakby czegoś bardzo pragnął,ale mimo wszystko,nie mógł.
-Nie.-Odpowiedział cicho i również odszedł.
Stałam ze smutkiem wspominając to jedno słowo.
"Nie."
Tak krótkie, a tak bolesne.
-Nie wiem co się z nimi dzieje.-Wyszeptała smutno Sophie dotykając delikatnie mojego ramienia.
-Musisz coś zjeść. Od dwunastej mamy trening.- Westchnęła Florence stawiając na blacie kuchennym talerz z trzema kanapkami z twarogiem i rzodkiewką.
Pokiwałam zasmucona głową. Siadając przy blacie na kuchennym stołku,spojrzałam na Edwarda.
Przyglądał się mi.
Poczułam się nieswojo, widząc jak natarczywie nurtuje mnie wzrokiem.
-Hm?-Bąknęłam nie wiedząc, co powiedzieć.
Nie odpowiedział. Zaciągnął się mocno papierosem, nie spuszczając ze mnie wzroku i wypuścił dym.
Wywrocilam oczyma i spróbowałam coś zjeść.
Nie miałam najmniejszego apetytu. Po co jesc? Wolałabym się zagłodzić na śmierć.
To chore,we wszystkim doszukuje się mozliwosci smierci.
Moze nawet i dobrze, tylko tyle mi pozostalo.
Po marnym śniadaniu postanowiłam obudzic Elenę. Raczej nie będzie zadowolona, gdy wstanie dziesięć minut przed zajęciami.
Delikatnie zapukałam i weszłam do pokrytego kiczowatą,kwiecistą tapetą pokoju.
Ku mojemu zaskoczeniu zastałam Elenę wraz z Williamem. Siedzieli razem na łóżku i rozmawiali jedząc jakieś proste śniadanie.
Zamurowało mnie kompletnie. William i Elena...nie znosili się chyba od zawsze.
Dlaczego wszystko musi byc takie dziwne, dlaczego nie moze byc prosto,zwyczajnie?
-Witaj Maggie- zasmiala się Elena,widząc mój,malo ciekawy wyraz twarzy.
-William....co tu robisz?- mruknęłam
-Odwiedzam Elenę.-Uśmiechnął się poprawiając żałośnie włosy,sklejone żelem.
-Jesteście parą?-nie wierzylam w to. Oczekiwałam zaprzeczeń,roześmiania.
Czegokolwiek.
Otrzymałam delikatny pocałunek Eleny na ustach Williama.
Pokiwałam rozczarowana głową i wyszłam.
Miałam dość.
Ludzie są chorzy.
Relacje są chore.
Miłość jest chora.
Wszystko jest chore.
Brumous vision
:)
wtorek, 17 grudnia 2013
poniedziałek, 25 listopada 2013
II
Kiedyś było inaczej.
Nie miałam normalnego dzieciństwa, jak każdy stróż Nocy, lecz porównując do dzisiejszego życia było wspaniale.
Od zawsze wychowywano nas na zimnych, złych ludzi.
Wydawało im się, że to wystarczy abyśmy w przyszłości bez trudu zabijali dziesiątki cudownych istot dziennie.
Wśród wszystkich innych stróży miałam tylko jedną przyjaciółkę.
Helen.
Tęsknię za nią do dziś.
Była świetną przyjaciółką. Jako jedyna z nas wszystkich, potrafiła nie myśleć o tym czego się uczy i jaka przyszłość ją czeka.
Jako jedyna, sprzeciwiła się losowi, w wieku zaledwie piętnastu lat.
Zakochała się i odeszła do Krainy Miłości.
Kraina miłości, brzmi jak niebo, prawda? Lecz w rzeczywistości, jest to piekło na Ziemi.
Sprzeciwiasz się swojemu przeznaczeniu, podczas zakochania się w aniele.
Następnie odchodzisz w krainę miłości. Gdzie na Twoich oczach, ukochany lub ukochana zostaje brutalnie torturowana i zamordowana. To samo dzieje się z tobą, a zaklęcie nieśmiertelności znika.
Często płakałam po nocach, myśląc o tym że taki los spotkał Helen.
Była najwspanialszą dziewczyną, jaką znałam. Jej uroda..nawet nie określę, jak piękna była.
Przypominała skryty, dojrzały i cudowny kwiat.
Który w swej własnej samotności, znajdował piękno i wykorzystywał je w każdym aspekcie.
Pamiętam...że miała niesamowicie piękne, fiołkowe oczy. Przypominały magiczne zwierciadła.
Mogłam godzinami się w nie wpatrywać. A chwilami nawet, wydawało mi się, że hipnotyzują.
Kochałam jej uśmiech. Kochałam patrzeć jak się śmieje, jak jest radosna. Jako jedyna, tak często się uśmiechała, potrafiła zauważać wszystko co piękne, choć tak niezauważalne.
Ona jako jedyna wierzyła...wiara w miłość poprowadziła ją do piekieł...które wybawiały.
-Słyszałam, że w najbliższym czasie Król Nocy ma przemówić. -
Florence ujęła w dłonie jeden z polnych kwiatów i pozbawiała go zwiędłych liści.
Poczułam niemiły chłód bijący od stróżów, gdy usłyszeli wieści Florence.
-Skąd to wiesz? -Edward wyprostował się nerwowo i pochwycił w ręce paczkę papierosów i zapałki.
Florence przyglądała mu się badawczo. Po chwili odpowiedziała smutno:
-Kontaktowałam się dzisiaj ze stróżami po drugiej stronie. Za niedługo, mija rok od ostatniej wizyty.
Zapewne nas odwiedzi.
Wśród nas zapanowało wstrętne milczenie. Każdy kalkulował jak bardzo nienawidzi Króla.
Edward wyszedł z papierosem w dłoni. Pyrchając ze wściekłością.
To przez Króla Nocy świat jest taki potworny. To on stworzył to piekło. A my byliśmy jego szatanami.
-Z roku na rok..jest coraz gorzej. -Zaskomliła cicho Sophie.
Sebastian ujął delikatnie moją dłoń. Widział jak powstrzymuję łzy. Wizyty Króla Nocy, znaczyły, większe zło niż dotychczas.
-Uśmiechnij się Magg.
-Nie potrafię...-mruknęłam chowając twarz w dłoniach.
Było już późno. Za kilka godzin rozpoczynało się stróżowanie.
Po wieści Florence, zaczęły się przygotowania. Sflustrowani, zaczęliśmy przeglądać dokumenty, notatki, raporty. Odwiedziny Króla Nocy, oznaczały sprawdzenie, czy zabijamy.
Jakie to szlachetne.
Postanowiłam, że za chwilę pomogę pozostałym. Wiedziałam, że muszę komuś powiedziec o tym co leży mi na sercu.
Weszłam do Ogrodu Nocy.
Matthew stał z Edwardem, palili w ciszy.
Od zawsze zdawałam sobie sprawę, z miłości Matt'a. Kochał mnie od wczesnego dzieciństwa.
Zawsze chciało mi się płakać, gdy zdawałam sobie sprawę, jak bardzo muszę go ranić. Jak cierpi. Jak przez długich kilkanaście lat, nie odwzajemniałam jego uczuć...I nadal nie odwzajemniam.
Był bratem Helen. Na początku, nie potrafiłam nawet spróbować ich odwzajemnić, bo bałam się reakcji przyjaciółki. Wiedziałam, że taka nie jest lecz...serce nie pozwalało mi pokochać jej brata.
Teraz, nie potrafiłam zrobić tego o stokroć silniej niż wtedy. Każde wspomnienie Helen doprowadzało mnie do łez. Co dopiero miałabym kochać najbliższą jej osobę...
-Matt...
-Tak? -Zapytał smutno
-Możemy porozmawiać? -Nerwowo zaczęłam ugniatać palce.
Kiwnął głową i wyrzucił niedopałek papierosa w trawę. Po czym udał się wraz ze mną na spacer wgłąb Ogrodu.
-Coś się stało? -Spytał przeczesując dłonią jasne włosy.
Wzięłam głęboki oddech. Po chwili spojrzałam mu prosto w oczy.
-Chodzi o Helen... -Głos mi się załamał. Poczułam szkło w przełyku.Nie potrafiłam już nic powiedzieć.
Spojrzał na mnie z nieukrywanym zdziwieniem. Po chwili spochmurniał i splótł ręce wokół ciała.
-Musisz znowu o niej mówić?
Wziełam głęboki oddech. Wiedziałam, że wspomnienia ranią bardzo...bardzo mocno.
-Chodzi o to...że nie potrafię o niej zapomnieć. Minęły już cztery lata...a ja nadal okropnie ją kocham. W każdej chwili...zastanawiam się, czy może nie udało jej się uciec?
Tak żałośnie się łudzę..Jezu..po co ja ci zawracam głowę...przepraszam Matt.-Wyznałam rozgoryczona powoli odchodząc.
-Zaczekaj...-Zatrzymał mnie cicho.
Zatrzymałam się i spojrzałam na jego zaniepokojone fiołkowe oczy.
Były takie same...dopiero teraz zauważyłam.
Tak bardzo zakuło mnie w sercu, że nie potrafiłam złapać oddechu.
Każda komórka ciała sprzeciwiała się tak nieuniknionym wspomnieniom...każda błagała o powrót Helen.
Widziałam ją przed sobą.
Nasze wspólne zabawy, podczas niepatrzenia Profesorów Nocy.
Wymyślanie wspaniałych bajek o tym jak by to było być aniołem...
Wspólne witanie wiosny. Obie kochałyśmy wschodzące zza gór słońce, pierwsze podczas wiosny.
Kochałyśmy powiew chłodnego wiosennego wiatru, zakwitające wrzosy i żonkile.
Przyrodę budzącą się do życia.
Tak bardzo to wszystko kochałyśmy, mimo, iż nie miałyśmy najmniejszego prawa.
Nasz pierwszy rok w stróżowaniu.
Wspólne wspieranie się pomogło nam w przetrwaniu pierwszych tygodni czynów w piekle.
Pamiętam...jak została zabrana. Tak bardzo krzyczała. Tego samego dnia, jeden z profesorów nakrył ją na pocałunkach z aniołem. Wieczorem, na oczach wszystkich została brutalnie pobita przez Króla Nocy. Gdy straciła przytomność, jego słudzy, jak ostatniego śmiecia wynieśli ją do Krainy Miłości.Do oczu napływały mi pełne rozpaczy łzy. Upadłam na twardą ziemię i wybuchnęłam niesamowitym szlochem. Czułam dłonie Matt'a próbujące mnie pocieszyć, lecz słów nie słyszałam.
Krzyk Helen zabraniał mi słuchać innych.
Nie miałam normalnego dzieciństwa, jak każdy stróż Nocy, lecz porównując do dzisiejszego życia było wspaniale.
Od zawsze wychowywano nas na zimnych, złych ludzi.
Wydawało im się, że to wystarczy abyśmy w przyszłości bez trudu zabijali dziesiątki cudownych istot dziennie.
Wśród wszystkich innych stróży miałam tylko jedną przyjaciółkę.
Helen.
Tęsknię za nią do dziś.
Była świetną przyjaciółką. Jako jedyna z nas wszystkich, potrafiła nie myśleć o tym czego się uczy i jaka przyszłość ją czeka.
Jako jedyna, sprzeciwiła się losowi, w wieku zaledwie piętnastu lat.
Zakochała się i odeszła do Krainy Miłości.
Kraina miłości, brzmi jak niebo, prawda? Lecz w rzeczywistości, jest to piekło na Ziemi.
Sprzeciwiasz się swojemu przeznaczeniu, podczas zakochania się w aniele.
Następnie odchodzisz w krainę miłości. Gdzie na Twoich oczach, ukochany lub ukochana zostaje brutalnie torturowana i zamordowana. To samo dzieje się z tobą, a zaklęcie nieśmiertelności znika.
Często płakałam po nocach, myśląc o tym że taki los spotkał Helen.
Była najwspanialszą dziewczyną, jaką znałam. Jej uroda..nawet nie określę, jak piękna była.
Przypominała skryty, dojrzały i cudowny kwiat.
Który w swej własnej samotności, znajdował piękno i wykorzystywał je w każdym aspekcie.
Pamiętam...że miała niesamowicie piękne, fiołkowe oczy. Przypominały magiczne zwierciadła.
Mogłam godzinami się w nie wpatrywać. A chwilami nawet, wydawało mi się, że hipnotyzują.
Kochałam jej uśmiech. Kochałam patrzeć jak się śmieje, jak jest radosna. Jako jedyna, tak często się uśmiechała, potrafiła zauważać wszystko co piękne, choć tak niezauważalne.
Ona jako jedyna wierzyła...wiara w miłość poprowadziła ją do piekieł...które wybawiały.
-Słyszałam, że w najbliższym czasie Król Nocy ma przemówić. -
Florence ujęła w dłonie jeden z polnych kwiatów i pozbawiała go zwiędłych liści.
Poczułam niemiły chłód bijący od stróżów, gdy usłyszeli wieści Florence.
-Skąd to wiesz? -Edward wyprostował się nerwowo i pochwycił w ręce paczkę papierosów i zapałki.
Florence przyglądała mu się badawczo. Po chwili odpowiedziała smutno:
-Kontaktowałam się dzisiaj ze stróżami po drugiej stronie. Za niedługo, mija rok od ostatniej wizyty.
Zapewne nas odwiedzi.
Wśród nas zapanowało wstrętne milczenie. Każdy kalkulował jak bardzo nienawidzi Króla.
Edward wyszedł z papierosem w dłoni. Pyrchając ze wściekłością.
To przez Króla Nocy świat jest taki potworny. To on stworzył to piekło. A my byliśmy jego szatanami.
-Z roku na rok..jest coraz gorzej. -Zaskomliła cicho Sophie.
Sebastian ujął delikatnie moją dłoń. Widział jak powstrzymuję łzy. Wizyty Króla Nocy, znaczyły, większe zło niż dotychczas.
-Uśmiechnij się Magg.
-Nie potrafię...-mruknęłam chowając twarz w dłoniach.
Było już późno. Za kilka godzin rozpoczynało się stróżowanie.
Po wieści Florence, zaczęły się przygotowania. Sflustrowani, zaczęliśmy przeglądać dokumenty, notatki, raporty. Odwiedziny Króla Nocy, oznaczały sprawdzenie, czy zabijamy.
Jakie to szlachetne.
Postanowiłam, że za chwilę pomogę pozostałym. Wiedziałam, że muszę komuś powiedziec o tym co leży mi na sercu.
Weszłam do Ogrodu Nocy.
Matthew stał z Edwardem, palili w ciszy.
Od zawsze zdawałam sobie sprawę, z miłości Matt'a. Kochał mnie od wczesnego dzieciństwa.
Zawsze chciało mi się płakać, gdy zdawałam sobie sprawę, jak bardzo muszę go ranić. Jak cierpi. Jak przez długich kilkanaście lat, nie odwzajemniałam jego uczuć...I nadal nie odwzajemniam.
Był bratem Helen. Na początku, nie potrafiłam nawet spróbować ich odwzajemnić, bo bałam się reakcji przyjaciółki. Wiedziałam, że taka nie jest lecz...serce nie pozwalało mi pokochać jej brata.
Teraz, nie potrafiłam zrobić tego o stokroć silniej niż wtedy. Każde wspomnienie Helen doprowadzało mnie do łez. Co dopiero miałabym kochać najbliższą jej osobę...
-Matt...
-Tak? -Zapytał smutno
-Możemy porozmawiać? -Nerwowo zaczęłam ugniatać palce.
Kiwnął głową i wyrzucił niedopałek papierosa w trawę. Po czym udał się wraz ze mną na spacer wgłąb Ogrodu.
-Coś się stało? -Spytał przeczesując dłonią jasne włosy.
Wzięłam głęboki oddech. Po chwili spojrzałam mu prosto w oczy.
-Chodzi o Helen... -Głos mi się załamał. Poczułam szkło w przełyku.Nie potrafiłam już nic powiedzieć.
Spojrzał na mnie z nieukrywanym zdziwieniem. Po chwili spochmurniał i splótł ręce wokół ciała.
-Musisz znowu o niej mówić?
Wziełam głęboki oddech. Wiedziałam, że wspomnienia ranią bardzo...bardzo mocno.
-Chodzi o to...że nie potrafię o niej zapomnieć. Minęły już cztery lata...a ja nadal okropnie ją kocham. W każdej chwili...zastanawiam się, czy może nie udało jej się uciec?
Tak żałośnie się łudzę..Jezu..po co ja ci zawracam głowę...przepraszam Matt.-Wyznałam rozgoryczona powoli odchodząc.
-Zaczekaj...-Zatrzymał mnie cicho.
Zatrzymałam się i spojrzałam na jego zaniepokojone fiołkowe oczy.
Były takie same...dopiero teraz zauważyłam.
Tak bardzo zakuło mnie w sercu, że nie potrafiłam złapać oddechu.
Każda komórka ciała sprzeciwiała się tak nieuniknionym wspomnieniom...każda błagała o powrót Helen.
Widziałam ją przed sobą.
Nasze wspólne zabawy, podczas niepatrzenia Profesorów Nocy.
Wymyślanie wspaniałych bajek o tym jak by to było być aniołem...
Wspólne witanie wiosny. Obie kochałyśmy wschodzące zza gór słońce, pierwsze podczas wiosny.
Kochałyśmy powiew chłodnego wiosennego wiatru, zakwitające wrzosy i żonkile.
Przyrodę budzącą się do życia.
Tak bardzo to wszystko kochałyśmy, mimo, iż nie miałyśmy najmniejszego prawa.
Nasz pierwszy rok w stróżowaniu.
Wspólne wspieranie się pomogło nam w przetrwaniu pierwszych tygodni czynów w piekle.
Pamiętam...jak została zabrana. Tak bardzo krzyczała. Tego samego dnia, jeden z profesorów nakrył ją na pocałunkach z aniołem. Wieczorem, na oczach wszystkich została brutalnie pobita przez Króla Nocy. Gdy straciła przytomność, jego słudzy, jak ostatniego śmiecia wynieśli ją do Krainy Miłości.Do oczu napływały mi pełne rozpaczy łzy. Upadłam na twardą ziemię i wybuchnęłam niesamowitym szlochem. Czułam dłonie Matt'a próbujące mnie pocieszyć, lecz słów nie słyszałam.
Krzyk Helen zabraniał mi słuchać innych.
niedziela, 24 listopada 2013
I
Kolejna noc.
Bolało mnie serce, oczy, dłonie, usta. Wszystko, co pozwalało mi ranić innych.
Czułam się taka skrępowana, cały świat, który mnie otaczał, kazał mi udawać kogoś innego.
Kazał kłamać, umierać po cichu.
Nienawidzilam go za to. Chciałam umrzeć.
Pragnęłam śmierci, była jedyną rzeczą, która mogła sprawić mi ulgę, mogła sprawić mi szczęście..
okropne było to, że nie nawet na nią nie zasługiwałam.
Elena dumnie wypięła pierś do przodu i zaczęła sprawiać pozory pewnej siebie.
W głębi duszy była strasznie krucha i samotna.
Kochała białe anielskie skrzydła. Mimo, to musiała zabijać je z pełną premedytacją.
Ujeła w dłoń notatnik i podeszła do samochodu.
Zajrzała do środka, wpatrując się w przejezdnych.
W środku poczuła uczucie, jakby ktoś rozszarpywał jej wnętrzności.
Nie potrafiła. W oczach zbierały jej się łzy.
W samochodzie siedziała rodzina aniołów.
Byli tacy szczęśliwi, nieświadomi śmierci, która miała spotkać ich za kilka minut.
Nie powiedziała słowa.Wiedziała, że za chwilę, będzie musiała wydać kilkanaście okrutnych ciosów.
Odwróciła się. Spojrzała po kolei na każdego z nas.
Widzieliśmy jak cierpi,wszyscy odczuwaliśmy to samo.
-Proszę wysiąść.-Powiedziała łamiącym się głosem.
Zdezorientowany kierowca spojrzał na nią zdziwiony, po czym opuscił samochód, wraz z żoną i dwójką roześmianych dzieci.
Chwilę później, wycierałam z zimnego betonu krew.
-Madeleine.
Usłyszałam cichy głos dochodzący zza kwiecistej furtki.
Rozejrzałam się dookoła. Jedynie Edward, pilnował wraz ze mną, nieobecnie wpatrując się w gwieździste, okalane mgłą niebo.
-Edward...-Szepnęłam chwytając furtki zza której dochodził głos.
Spojrzał na mnie, nadal zamyślony.
-Za chwilę wrócę.
Kiwnął głową i odwrócił wzrok.
Każdy z nas był przegrany. Każdy z nas pragnął uciec. Każdy wiedział, że nigdy nie będzie lepiej.
Wyszłam za posterunek, prosto do nocnego ogrodu.
Był jedyną rzeczą, podczas której zapominałam o swoim przeznaczeniu.
Księżyc rzucał ledwo widoczny jasny promień, oświetlając niektóre kwiaty.
Usiadłam na ławce. Wydawało mi się, że to z ogrodu dochodził wołający mnie szept.
-Madeleine...
Ku mnie podążał Sebastian.
W świetle nocy, wyglądał niesamowicie.
Przypominał mi mrocznego elfa, spacerującego nocą leśnymi ścieżkami.
-Zapomniałaś już o mnie?-Zapytał smutno, siadając obok mnie.
-Sam wiesz, że pragnę śmierci. Mój umysł przepełniają błądzące po mózgu myśli. Nienawidzę tego życia, gardzę nim. Każda chwila..obrzydza mnie, sprawia,że cokolwiek się wydarzy, wspomnienia tego co robię każdej nocy wrócą...Znasz to potforne uczucie?
Spojrzał na mnie niczym anioł. Widział w moich słowach, oczach, gestach straszne cierpienie.
Widział wszystko co czułam.
Chwycił moją dłoń w ręce i przyłożył ją do własnego serca.
-Jesteś jedyną osobą, która pomaga mi funkcjonować. Gdyby nie ty...
-Dawno pragnął byś umrzeć?-Mówiłam jak maszyna. Nie słyszałam, własnych, okrutnych słów.
-Tak.
Spojrzeliśmy sobie głęboko w oczy. Ciemność to utrudniała, lecz sami doskonale wiedzieliśmy, że była naszym jedynym sprzymierzeńcem.
-Dziękuję, że jesteś Sebastian.-Wyszeptałam, ze łzami w oczach.
Po chwili poczułam jego, ciepłe dłonie otulające moje drobne ciało.
-Ja też dziękuję, Madeleine.
Bolało mnie serce, oczy, dłonie, usta. Wszystko, co pozwalało mi ranić innych.
Czułam się taka skrępowana, cały świat, który mnie otaczał, kazał mi udawać kogoś innego.
Kazał kłamać, umierać po cichu.
Nienawidzilam go za to. Chciałam umrzeć.
Pragnęłam śmierci, była jedyną rzeczą, która mogła sprawić mi ulgę, mogła sprawić mi szczęście..
okropne było to, że nie nawet na nią nie zasługiwałam.
Elena dumnie wypięła pierś do przodu i zaczęła sprawiać pozory pewnej siebie.
W głębi duszy była strasznie krucha i samotna.
Kochała białe anielskie skrzydła. Mimo, to musiała zabijać je z pełną premedytacją.
Ujeła w dłoń notatnik i podeszła do samochodu.
Zajrzała do środka, wpatrując się w przejezdnych.
W środku poczuła uczucie, jakby ktoś rozszarpywał jej wnętrzności.
Nie potrafiła. W oczach zbierały jej się łzy.
W samochodzie siedziała rodzina aniołów.
Byli tacy szczęśliwi, nieświadomi śmierci, która miała spotkać ich za kilka minut.
Nie powiedziała słowa.Wiedziała, że za chwilę, będzie musiała wydać kilkanaście okrutnych ciosów.
Odwróciła się. Spojrzała po kolei na każdego z nas.
Widzieliśmy jak cierpi,wszyscy odczuwaliśmy to samo.
-Proszę wysiąść.-Powiedziała łamiącym się głosem.
Zdezorientowany kierowca spojrzał na nią zdziwiony, po czym opuscił samochód, wraz z żoną i dwójką roześmianych dzieci.
Chwilę później, wycierałam z zimnego betonu krew.
-Madeleine.
Usłyszałam cichy głos dochodzący zza kwiecistej furtki.
Rozejrzałam się dookoła. Jedynie Edward, pilnował wraz ze mną, nieobecnie wpatrując się w gwieździste, okalane mgłą niebo.
-Edward...-Szepnęłam chwytając furtki zza której dochodził głos.
Spojrzał na mnie, nadal zamyślony.
-Za chwilę wrócę.
Kiwnął głową i odwrócił wzrok.
Każdy z nas był przegrany. Każdy z nas pragnął uciec. Każdy wiedział, że nigdy nie będzie lepiej.
Wyszłam za posterunek, prosto do nocnego ogrodu.
Był jedyną rzeczą, podczas której zapominałam o swoim przeznaczeniu.
Księżyc rzucał ledwo widoczny jasny promień, oświetlając niektóre kwiaty.
Usiadłam na ławce. Wydawało mi się, że to z ogrodu dochodził wołający mnie szept.
-Madeleine...
Ku mnie podążał Sebastian.
W świetle nocy, wyglądał niesamowicie.
Przypominał mi mrocznego elfa, spacerującego nocą leśnymi ścieżkami.
-Zapomniałaś już o mnie?-Zapytał smutno, siadając obok mnie.
-Sam wiesz, że pragnę śmierci. Mój umysł przepełniają błądzące po mózgu myśli. Nienawidzę tego życia, gardzę nim. Każda chwila..obrzydza mnie, sprawia,że cokolwiek się wydarzy, wspomnienia tego co robię każdej nocy wrócą...Znasz to potforne uczucie?
Spojrzał na mnie niczym anioł. Widział w moich słowach, oczach, gestach straszne cierpienie.
Widział wszystko co czułam.
Chwycił moją dłoń w ręce i przyłożył ją do własnego serca.
-Jesteś jedyną osobą, która pomaga mi funkcjonować. Gdyby nie ty...
-Dawno pragnął byś umrzeć?-Mówiłam jak maszyna. Nie słyszałam, własnych, okrutnych słów.
-Tak.
Spojrzeliśmy sobie głęboko w oczy. Ciemność to utrudniała, lecz sami doskonale wiedzieliśmy, że była naszym jedynym sprzymierzeńcem.
-Dziękuję, że jesteś Sebastian.-Wyszeptałam, ze łzami w oczach.
Po chwili poczułam jego, ciepłe dłonie otulające moje drobne ciało.
-Ja też dziękuję, Madeleine.
Prolog
Strach był prześladowcą, każdego z nas.
Przypominał o lękach przeszłości i budził w nas dziwne uczucie strachu. Innego strachu.
Lecz każdy z nas, pogodził się już z losem, który był mu pisany.
Byliśmy ludźmi, bez uczuć, zimnymi, pełnymi lodu w sercu.
Nie bez powodu zostaliśmy wybrani na stróżów nocy.
Nie bez powodu nikt z nas nie kochał prawdziwie i umierał każdej nocy na nowo.
Umieraliśmy w samotności. Każdy z nas, głęboko w sercu pragnął kochać, być prawdziwy.
Wiedziałam, że każdy jeden stróż nocy, nienawidzi tego co robi.
Nienawidzi zabijać. Nienawidzi posiadać serca z lodu. Nienawidzi wysyłać fałszywych uśmiechów.
Nikt jednak, nie mógł nic zrobić. To było nasze przeznaczenie.
Ranić, zabijać i żyć. To w tym wszystkim było najgorsze.
Nasza nieśmiertelność.
Świadomość, że nigdy, przez nieskończoność nie ucieknie się od krainy nocy.
Od zwłok aniołów, kłamstw, samotności i przeznaczenia które od zawsze było dla każdego z nas klątwą.
Przypominał o lękach przeszłości i budził w nas dziwne uczucie strachu. Innego strachu.
Lecz każdy z nas, pogodził się już z losem, który był mu pisany.
Byliśmy ludźmi, bez uczuć, zimnymi, pełnymi lodu w sercu.
Nie bez powodu zostaliśmy wybrani na stróżów nocy.
Nie bez powodu nikt z nas nie kochał prawdziwie i umierał każdej nocy na nowo.
Umieraliśmy w samotności. Każdy z nas, głęboko w sercu pragnął kochać, być prawdziwy.
Wiedziałam, że każdy jeden stróż nocy, nienawidzi tego co robi.
Nienawidzi zabijać. Nienawidzi posiadać serca z lodu. Nienawidzi wysyłać fałszywych uśmiechów.
Nikt jednak, nie mógł nic zrobić. To było nasze przeznaczenie.
Ranić, zabijać i żyć. To w tym wszystkim było najgorsze.
Nasza nieśmiertelność.
Świadomość, że nigdy, przez nieskończoność nie ucieknie się od krainy nocy.
Od zwłok aniołów, kłamstw, samotności i przeznaczenia które od zawsze było dla każdego z nas klątwą.
Subskrybuj:
Komentarze (Atom)